Nagranie płyty w kilkuosobowej grupie jest z jednej strony rzeczą łatwą, z drugiej już niekoniecznie. Niby to mniej roboty – każdy dorzuci po jednej zwrotce do kawałka i jest luz. Płyta gotowa. Tymczasem to nie taka prosta sprawa. Przy nagrywaniu solówki raper ma możliwość pełnego manewru, jeśli chodzi o teksty i same pomysły na utwór. W przypadku pracy zespołowej wachlarz patentów znacznie się kurczy. Każdy człowiek ma inne podejście to wybranego tematu, inne poglądy. Trzeba wybrać taki koncept, który przypadnie do gustu każdemu w grupie. Niestety zazwyczaj przynosi to mnogość uniwersalnych, a przez to wtórnych numerów. Nie inaczej jest w przypadku płyty 19SWC.
Sam pomysł na album również jest stary jak świat – „nagramy płytę rodem z naszego regionu”. Tylko śląscy raperzy i tylko śląscy producenci. To oczywiście nie jest minus, nie raz już taka regionalizacja muzyki się sprawdziła. Gospodarzy można podzielić na dwie grupy – Miuosh i Booryz to ci z mocnym, niskim głosem, a Bemer i Stabol to ci łagodniejsi. Żaden z nich nie eksperymentuje, czy to z flow, czy to z techniką. Nie ma przyspieszeń, większego sensu nie ma też liczenie podwójnych rymów. Wydawać by się mogło, że w takich sytuacjach raperzy stawiają na przekaz, na unikalne teksty. Historia pokazuje jednak, że często to mylne założenie. Nie inaczej jest w przypadku płyty 19SWC.
Bo o czym nawijają Ślązacy? O tym, że zaczynali rapować w latach dziewięćdziesiątych, o realiach panujących w ich miejscu zamieszkania, o tym, że jest inaczej teraz niż kiedyś, że „kurewstwo i pozerstwo ze wszystkich stron”. Ciężko tutaj znaleźć choć jeden dobry dwuwers, o panczach można zapomnieć, chyba że lubicie takie w stylu „Leżysz jak suka, wyglądasz, jakbyś nic nie ruchał”. Niejeden człowiek potknął się już o kłodę zwaną „schematycznością”. Nie inaczej jest w przypadku płyty 19SWC.
Bity Chmuroka i Emdeki oraz kilku innych mniej znanych producentów tworzą spójną całość i to plus tego albumu. Klasyczne tempo pętli basowych buja głową, nastrój muzyczny jest w różnych kawałkach odpowiednio utrzymywany. Jest solidnie, poprawnie, ale uogólniając, poprawność to żaden sukces, chce się czegoś więcej. Nie inaczej jest w przypadku płyty 19SWC.
Jednak plusem niewątpliwie są goście. Bardzo wkręca się refren wykonywany przez Majorra w tracku „Kiedyś”. Bardzo przyjemne dla ucha są zwrotki HST i Rene1. W tej kwestii jestem naprawdę mile zaskoczony, bo w pamięci mam materiały, które zniszczyli dogrywający się raperzy. „Witam was w rzeczywistości” to jeden z takich przykładów. Inaczej jest w przypadku płyty 19SWC.
Niestety, trudno jest mi polubić „Dziewiętnaście stopni w cieniu”. Bo za co? Za gości? Raczej nie, to ewidentnie za mało. Co prawda nie oczekiwałem od albumu zbyt wiele, ale miałem nadzieję, że chociaż Miuosh pokaże się z dobrej strony, dobrze pamiętając świetną „Piątą stronę świata” sprzed roku. Tymczasem mieszkaniec Katowic bardzo mnie zawiódł, nie silił się na oryginalność, tylko na wulgarność. I to naprawdę irytuje. Rozumiem, jak ważny jest rap dla czterech Ślązaków i niech nawijają z pasją po grób, ale ta płyta to co najwyżej śląska ciekawostka.













